W ostatnich latach coraz głośniej robi się o body positivity, czyli tzw. ciało pozytywności. Jest to ruch propagujący samoakceptację, tym razem w kontekście cielesnym, umacniający się zwłaszcza wśród kobiet – bo nie da się ukryć, że to przede wszystkim panie odczuwają ciagłą presję otoczenia, by dobrze wyglądać. W zależności od sytuacji może przybierać różne formy, nie zawsze, niestety, godne pochwały i właśnie dlatego postanowiłam podzielić się z Wami tym, co ja sądzę na ten temat. Otóż jak najbardziej popieram tę jakże piękną ideę, ale… No właśnie. Jest pewne ale.

Zdecydowanie stoję po stronie tego ruchu, pod warunkiem że ogranicza się on do wyjściowej zasady – tej, od której wszystko się zaczęło – czyli do tego, co teraz nazywane jest „body neutrality.” Zakłada ona, że akceptacja własnego ciała powinna się opierać na miłości i szacunku do jego mocnych stron, ale i ograniczeń. Nie ma jednak tak łatwo, bowiem wbrew znanemu powiedzeniu, ta miłość nie powinna być ślepa i całkowicie bezkrytyczna.

Jak to wygląda w praktyce?

Od zawsze byłam zwolenniczką twierdzenia, że wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem i ten przypadek nie jest wyjątkiem od reguły. Również w samoakceptacji i samokrytyce powinniśmy zachować umiar, co znaczy, że jak najbardziej powinniśmy się skupiać na naszych atutach i na tym, co nam się w naszym ciele podoba (nie uwierzę, że nic!) i przymykać oko na rzeczy, które nie mają większego znaczenia, takie jak np. krótkie nogi, cellulit czy zmarszczki mimiczne. Natomiast nie powinno to polegać na całkowitym ignorowaniu sygnałów, które wysyła nam nasze ciało, informujących, że coś nie działa tak, jak trzeba. Oczywiście kilka kilogramów nadwagi przy ogólnej sprawności nie jest powodem do zmartwień, ale już otyłość to stan chorobowy i nie należy go lekceważyć.

Podobnie sprawa wygląda przy coraz mniejszej wydolności fizycznej – jeżeli zauważamy, że coraz większą trudność sprawia nam wejście po schodach czy podbiegnięcie do autobusu, a codzienne czynności domowe stają się wyzwaniem, to wręcz nie można zasłaniać się body positivity, bo będzie to zwykłe oszukiwanie samego siebie. Na nasz stosunek do ciała ma często wpływ wychowanie, a także to, że wiele systemów religijnych z naszego otoczenia ciągle usiłuje nam wmówić, że ciało nie jest ważne, bo liczy się dusza. Owszem, do pewnego stopnia się z tym zgodzę, ale czyż nie jest tak, że kiedy coś nas boli, to trudno nam się skupić na duchowych potrzebach? Dlaczego więc tak nieproporcjonalnie mało czasu poświęcamy na rozwój fizyczny?

Jest jeszcze jedna ciemna strona body positivity. Zauważyłam, że coraz częściej ten ruch pociąga za sobą powszechny hejt na osoby, które promują zdrowy styl życia, widoczny głównie w mediach społecznościowych. Ostatni przykład stanowi chyba nagonka na Annę Lewandowską, która pokazała brzuch miesiąc po porodzie, co według opinii publicznej może spowodować wzrost występowania depresji u wielu młodych mam – oczywiście ze względu na to, że one potrzebują więcej czasu na powrót do formy. Wiadomo, ile osób, tyle poglądów i ja tutaj nie chcę rozstrzygać, która ze stron ma rację, ale moim zdaniem każdy powinien przede wszystkim słuchać siebie. Może zamiast hejtować znane trenerki, warto otworzyć umysł i zainspirować się chociaż kilkoma radami, oczywiście na miarę własnych możliwości?

To tyle, jeśli chodzi o wady body positivity, które ja osobiście zauważam, bo generalnie jest to wartościowa idea, której pierwotną formę popieram. Faktem jest, że niestety jesteśmy w stosunku do siebie bardziej wymagający niż do innych – zwłaszcza my, kobiety. Widzę to też po sobie, bo jeśli mnie znacie, to wiecie że moja feministyczna dusza płacze, kiedy jakaś kobieta mówi o sobie źle, ale jednocześnie samej jest mi bardzo trudno zaakceptować niektóre niedoskonałości mojego ciała. Od pewnego czasu pracuję nad tym ciężko i staram się skupiać na pozytywach, na przykład zamiast krytykować się za wystający brzuch lub cellulit na udach, myślę o tym, że to przecież dzięki nim jestem w stanie biegać, tańczyć czy ćwiczyć. I to jest najważniejsze w tej ciało pozytywności – świadomość, że kocham i akceptuję siebie w całości, ale pracuję nad tym, co mogę i chcę zmienić, bez specjalnej napinki.

W ramach podsumowania zacytuję złotą myśl, zasłyszaną w pewnym serialu: „Sfiksowanym na punkcie własnej sylwetki przypominam historię księcia, który narzekał, że nie może znaleźć idealnych butów, dopóki nie spotkał człowieka bez stóp. Lepiej mieć zdrowe ciało, choć dalekie od ideału.” Dlatego proszę – dbajcie o siebie na tyle, na ile potrzebuje tego Wasze ciało i przede wszystkim okazujcie mu miłość, na jaką zasługuje.

___________________________________________

In the last few years, we can observe how body positivity is gaining popularity. It’s a movement which promotes self-acceptance, in this case body-related, popular especially among women, as it’s not a secret that mostly ladies suffer from peer pressure to look good. Depending on the situation it may take various forms that not always, unfortunately, are praiseworthy and that’s why I decided to share my opinion with you. So, of course, I support this beautiful idea, but… Exactly. There is a „but”.

I’m a fan of this movement, as long as it’s limited to its basic rule: this, which was a very beginning and now it’s called „body neutrality.” It assumes that the acceptance of your own body should be based on love and respect to its strengths but also its limitations. It may sound nice and easy but in this case, against to the popular proverb, this love shouldn’t be blind and fully uncritical.

How does it look like in practice?

Since I remember, I’ve been always a follower of „everything is okay in moderation” attitude and this case is not an exeption. We should show restraint in self-acceptance and self-criticism as well, which means that of course we should concentrate on our advantages and those parts that we really like in our bodies (I won’t believe nothing!) and turn a blind eye to the things of low importance, like e.g. short legs, cellulite or laugh lines. On the other hand, it shouldn’t consist on ignoring completely the signals our body sends us, informing that something doesn’t work properly. Obviously, a few kilos overweight if you are overall healthy and fit is not a reason to worry but be careful with obesity: it’s treated as a „normal” disease and you can’t just disregard it.

It will be similar if your physical performance is getting worse and worse: for instance you notice that using stairs or running to the bus gets harder or your daily home routine activities became a challenge, you mustn’t retreat behind body positivity, as it will be a self-deception. Our body perception usually depends on education, but sometimes it may be related to our religion limitations, as the systems known in Europe mostly try to convince us that our body is not as important as our soul. Of course, I could agree at some point, but did you notice that if you feel sick or have any kind of pain, you just can’t think about spiritual matters? So why we dedicate so little time to take care of our bodies?

There’s one more dark side of body positivity. I observed that this movement tends more and more to widespread hate against people who promote healthy lifestyle, especially in social media. The most recent example is probably the heat on Polish famous trainer and our best football player’s wife: Anna Lewandowska. She showed her well-shaped belly soon after giving birth to her second child, which according to public opinion may cause depression episodes for those young mothers that need more time to recover and get in shape. Naturally, there are as many opinions as there are people and I don’t want to decide who is right in this case, but in my opinion everyone should listen to his own body needs. Maybe instead of criticising the trainers it would be better to open your mind and get inspired of just a few tips, of course as far as possible?

That’s all about body positivity flaws which I consider important, as in general, as mentioned, I think it’s a very nice and worthy idea in its basic form. We are in fact more demanding with ourselves than with other people, especially us, women. I can be a good example of how it works, as if you know me in person, you know that my feminist soul cries when I hear another woman saying so many bad things about herself, but at the same time I find it very hard to accept my own body imperfections. Some time ago I started to work on this and now I’m trying to focus on positive sides, e.g. instead of criticising my protruding stomach and cellulite on my thighs, I think about the ability to run, dance or exercise they give me each day. And this is the most important part of body positivity movement: the awareness that I love and accept myself as a complete entity, but I work on those things I can and want to improve, but in reasonable way.

To sum up I will just share one quotation, which I heard in one tv series: „To those who are fixated on their silhouettes, I remind them the story of a prince who was obsessive about finding perfect pair of shoes, until he met a man without feet. It’s better to have a healthy body, although it’s not perfect.” So that’s why I beg you: take care of yourselves as far as your body needs it and give it as much love as it deserves.