Zegar wybija godzinę oznaczającą koniec pracy na dziś, więc zamykasz laptopa i jeszcze zanim odetchniesz z ulgą biegniesz do kuchni, by skontrolować zawartość lodówki. Tam, niestety, wita Cię tylko światło, więc cały Twój dobry nastrój pryska wraz ze świadomością, że zamiast na trening znowu trzeba będzie wybrać się na zakupy. Głód jednak daje się we znaki, więc zanim ruszysz na łowy, przeszukujesz wszystkie szafki i rzutem na taśmę wygrzebujesz schowaną miesiąc temu – na czarną godzinę, a jakże – paczkę czipsów. Potem jeszcze pół godziny dojazdu do sklepu, godzina spędzona na bezsensownym włóczeniu się między alejkami i kolejna – w kuchni – na gotowaniu. Nie wspominając już o cennych minutach potrzebnych na znalezienie jakiegoś względnie zdrowego i dietetycznego przepisu w czeluściach Internetu. Kiedy wreszcie kończysz posiłek jest już tak późno, że właściwie zostaje tylko wieczorny serial i pora spać.

Znasz to?

Ja aż za dobrze. Przez lata powtarzałam te same błędy: bezmyślne zakupy, brak przygotowania listy produktów, robienie obiadu w ostatniej chwili. Teraz nadal czasem zdarzy mi się zapomnieć o wcześniejszych zakupach, ale staram się nie dopuszczać do takich sytuacji jak wyżej opisana. Jako że prowadzę bardzo intensywne życie zawodowe i prywatne, czas na bardziej “spektakularne” gotowanie mam jedynie w weekendy – i to też nie zawsze. W ciągu tygodnia ratują mnie konkretne produkty, które zawsze mam w lodówce lub zamrażarce i wykorzystuję do przygotowania ciepłego i zdrowego posiłku, kiedy nie mam czasu. Od razu mówię, że w niektórych przypadkach są to tzw. “półprodukty” lub nawet gotowce, których nie należy się bać, bo jakość tego rodzaju żywności z roku na rok jest coraz lepsza (a i wybór ciągle rośnie).

Lista oczywiście jest subiektywna, wolna od jakiegokolwiek sponsoringu i ma za zadanie jedynie stanowić dla Was inspirację i pokazać, że da się zdrowo jeść, nawet jeśli żyje się nieco za szybko 🙂

  1. Warzywa mrożone (u mnie akurat firmy Hortex): 

Numer jeden na mojej liście, bo uratowały mi skórę (i sylwetkę) już tak wiele razy, że nawet nie jestem w stanie tego zliczyć. Ja wiem, że mrożonki – chociaż niesłusznie – nie cieszą zbyt dobrą sławą i że teoretycznie zdrowiej jest korzystać ze świeżych warzyw, ale już od dobrych kilku lat zajmują w mojej zamrażarce honorowe miejsce. Po pierwsze, wszelkie wiarygodne badania wykazują, że strata witamin podczas procesu mrożenia jest tak niewielka, że właściwie  mrożonki można uznać za równie zdrowe, co świeże warzywa i owoce. Po drugie – nie oszukujmy się – mycie i krojenie świeżych produktów zajmuje mnóstwo cennego czasu, który można poświęcić na coś przyjemniejszego. 

I owszem, gotowe mieszanki warzywne często zostały już wcześniej przetworzone z użyciem wątpliwej jakości tłuszczu, dlatego właśnie po latach prób i błędów wybrałam takie, które odpowiadają mi najbardziej. Warzywa wybierane przeze mnie zawierają minimalną ilość tłuszczu, są urozmaicone i mają dobry stosunek ceny do jakości. Zdecydowałam się na nie, ponieważ inne mieszanki były dużo bardziej tłuste i miały nierówne proporcje warzyw – zazwyczaj było mnóstwo marchewki i długo długo nic. 

Do czego je wykorzystuję? Najczęściej do ryżu i kasz różnego rodzaju – podsmażane na patelni lub gotowane na parze. Uwielbiam doprawiać je ziołami, papryką i czosnkiem i podawać w towarzystwie sera lub płatków drożdżowych. To nieprawda, że są bez smaku – jeśli poświęcimy chwilę na odpowiedni dobór przypraw, danie będzie smakować bardzo dobrze. Ryż lub kasza z warzywami to także mój sposób na utrzymanie wagi, bo jest to posiłek stosunkowo niskokaloryczny – standardowa porcja ma ok. 350-400 kalorii (wliczając w to ser i oliwę), czyli mniej niż na przykład tradycyjny makaron z sosem. 

Zdjęcie ze strony producenta: dobrakaloria.pl
  1. Roślinne klopsy lub burgery (u mnie Dobra Kaloria):

Jeśli chodzi o tę firmę, to dla mnie jest numerem jeden wśród zdrowszych alternatyw dla mięsa i słodyczy (zwłaszcza na rynku batonów daktylowych, ale o tym już kiedyś pisałam). Jako że staram się coraz bardziej ograniczać produkty pochodzenia zwierzęcego, średnio raz w tygodniu goszczą u mnie wege kotlety i tym podobne wyroby. Zdarza się, że przygotowuję je własnoręcznie, ale ze względu na nieustanny brak czasu, najczęściej sięgam po gotowce. Oferta jest dość bogata, bo – w zależności od sklepu – możemy znaleźć wegańskie klopsiki, kotlety, kiełbaski, a ostatnio nawet i pasztet. Wszystkie mają całkiem dobry skład i wysoką zawartość białka (przynajmniej jak na produkty roślinne). Są też dość kaloryczne, więc spokojnie nadają się również dla osób intensywnie trenujących. 

Dla mnie najważniejszy jest fakt, że dzięki nim mogę zaoszczędzić sporo czasu, jednocześnie zapewniając sobie odpowiednio zbilansowany posiłek i dbając o naszą planetę poprzez redukcję spożycia mięsa. Często przyrządzam je na patelni i łączę z ryżem i warzywami. Warto podkreślić, że oprócz białka posiadają porządną porcję dobrego dla naszych jelit błonnika, dzięki czemu zyskują przewagę nad zwykłym klopsem czy schabowym. Jedyną wadą jest znaczna ilość soli i dlatego nie jest to artykuł polecany osobom, które tego składnika powinny unikać. Przy okazji chciałabym też wspomnieć, że aktualnie powstaje masa podobnych – i oczywiście tańszych – produktów, które nie zawsze dorównują Dobrej Kalorii jakością. Dlatego zawsze zachęcam do czytania etykiet i porównywania składów: zwracajcie uwagę przede wszystkim na ilość soli i tłuszczu, a także zawartość ewentualnych konserwantów i wypełniaczy.

  1. Dania instant (u mnie Falafele firmy Kania, dostępne w Lidlu):

Myślę, że czasy, kiedy słowo instant odnosiło się jedynie do zupek chińskich można już bez żalu pożegnać. Z roku na rok producenci uczą się przygotowywania produktów ekspresowych, dedykowanych typowym zapracowanym “milenialsom”, bez faszerowania ich niepotrzebną chemią. Takich artykułów pojawia się w sklepach coraz więcej, więc cokolwiek wybierzecie (tylko znów: czytajcie etykiety!), powinno być naprawdę w porządku. Nie ma już potrzeby bać się dań instant tylko dlatego, że są w proszku, a dzięki nim można zaoszczędzić wiele cennych minut w kuchni. U mnie ostatnio najczęściej goszczą właśnie lidlowskie falafele, które wystarczy wymieszać z wodą i usmażyć. Co prawda, nie smakują jak te domowe lub z dobrej wege knajpy, ale jako pomysł na szybki posiłek dają radę. Saszetka z proszkiem zajmuje bardzo niewiele miejsca, więc polecam kupić kilka sztuk i trzymać w szafce “na czarną godzinę.” 

To samo, oczywiście, dotyczy innych dań tego rodzaju. Kiedyś próbowałam między innymi gotowca z kaszą gryczaną i warzywami, który również się sprawdził. Warto poświęcić kilka minut w markecie i poszukać podobnych perełek, bo zyskają na tym i nasza sylwetka i zdrowie psychiczne – mamy mniej pokus i więcej czasu dla siebie. 

  1. Pomidory krojone/passata (u mnie firmy Podravka):

Może Wam się to wydać dziwne, ale tak, wrzucam na listę pomidory z puszki, bo jest to kolejna rzecz, którą staram się zawsze mieć w szafce. Najczęściej wykorzystuję je do przygotowania ekspresowego makaronu z sosem pomidorowym, kiedy nie mam kompletnie głowy do wymyślania obiadu. To jest posiłek z kategorii “gotowe w mniej niż 15 minut,” zwłaszcza jeśli macie już opracowany przepis. Wbrew pozorom, makaron z pomidorami może być nie tylko pyszny, ale i zdrowy, a jako paliwo przed treningiem jest wprost bezkonkurencyjny. Ja zazwyczaj przyrządzam go z dodatkiem dobrej oliwy, czosnku, oliwek, świeżych ziół i oczywiście parmezanu. Flagowe danie kuchni włoskiej może i jest dość kaloryczne, ale za to pełne zdrowych tłuszczów i antynowotworowego likopenu, dlatego warto mieć puszkę lub kartonik pomidorów/passaty w zasięgu ręki. 

  1. Gotowe zupy (u mnie firmy Chef Select, również z Lidla):

Chociaż osobiście za zupami nie przepadam – głównie dlatego, że są czasochłonne i raczej niskokaloryczne – czasami kupuję takie gotowce tylko do odgrzania, żeby mieć w lodówce coś zdrowego w kryzysowej sytuacji. Rynek zup z dobrym składem z roku na rok coraz bardziej się powiększa i jest to zdecydowanie dobra wiadomość, bo to ułatwia życie osobom odchudzającym się. One z reguły mają dość długą datę ważności, więc bez problemu można kupić kilka opakowań na zapas i użyć, kiedy dopadnie nas nagły głód. Jest to o wiele lepsza opcja niż sięganie po schowaną głęboko paczkę czipsów lub batonika. Wiadomo, że większość będzie potrzebować po tym jeszcze czegoś bardziej sycącego do obiadu, ale taka gotowa zupa to ciekawa opcja jako szybka przekąska, gdy nic innego nie macie albo coś lekkiego na kolację. Tym bardziej, że w większości popularnych sklepów są dostępne w przeróżnych wersjach smakowych. 

Powyższa lista składa się z produktów, które często można znaleźć w mojej kuchni i które bardzo ułatwiają mi życie. Z jednej strony to prawda, że w dzisiejszych czasach spieszymy się za bardzo i umiejętność spokojnego przygotowywania posiłków powoli zanika, ale z drugiej niezwykle trudno sprostać oczekiwaniom wszystkich dookoła i jeszcze pamiętać o regularnym i zdrowym jedzeniu. Dlatego, moim zdaniem, powinniśmy jak najbardziej korzystać z coraz bogatszej oferty marketów i nie bać się nowości. A eksperymentowanie i gotowanie wymyślnych dań zostawcie sobie na weekend, kiedy możecie się temu poświęcić bez wyrzutów sumienia. 🙂